„Nietykalni” – przyjaźń i inne przypadki

3 thoughts on “„Nietykalni” – przyjaźń i inne przypadki

  1. Kłaniam się pięknie. :) Debiutuję u Ciebie, reklama na forum filmowym zrobiła swoje. :)
    Twoja recenzja jest świetna, z wielu powodów, m.in. także dlatego, iż dokładnie tłumaczy, dlaczego nie idę na ten film do kina, mimo tylu słów zachwytów naokoło. Schemat goni schemat (także ten o dobrym pielęgniarzu Murzynie – zauważyłeś, że jeśli się gdzieś pojawia opiekun ciężkich przypadków, zawsze jest to czarnoskóry – taki hołd białych za doznane krzywdy niewolników?) i jest spełnieniem życzeń widza spragnionego optymistycznych historii. Tak jak „Róża” jest spełnieniem życzeń widza spragnionego historii o złych Ruskich. A ja lubię buć wzruszana mimochodem, subtelnie, albo niespodziewanie.

    Tak jak to było w „Motylu i skafandrze” – też o facecie, uwięzionym przez chorobę, jeszcze gorzej – bo w łóżku, też dość zamożnym, inteligentnym, zdolnym i otoczonym gronem przyjaciół. Ale o tyle był to film zaskakujący, że pokazał świat z perspektywy oka chorego no i był, jak dla mnie, hołdem benedyktyńskiej pracy kobiety ( a może było ich dwie, już nie pamiętam), ktore zamieniały jego mrugnięcia okiem w książkę.
    Może w „Nietykalnych” też są jakieś zaskakujące momenty, nie twierdzę, że ich nie ma, ale jakoś nie chce mi się o tym przekonywać, a przynajmniej nie w kinie.
    Bardzo dobrze się Ciebie czyta. :)

  2. Dziękuję za miłe słowa i świetny rzeczowy komentarz. Pisania uczyłem się także z recenzji znalezionych na „Babce filmowej” ;) Teraz widzę „Babka” przyjęła także całkiem nową lepszą formę. Wybacz długie oczekiwanie na zatwierdzenie komentarza ale jedna źle zaznaczona opcja i musiał on czekać aż się łaskawie zaloguję na stronę :)

    „Nietykalni” niestety dużo obiecują, ale niewiele później po nich zostaje. Chyba tylko uśmiech na krótko po seansie. Dużo to i mało jednocześnie. A „Motyl i Skafander” faktycznie o klasę lepszy, a przede wszystkim jakiś taki szczerszy…

  3. Niestety, „Nietykalnych” nadal nie tykam, naprawdę, mimo najszczerszych chęci, wcale mnie nie ciągnie…
    Powiem jeszcze, że mnie, jakże miło, zaskoczyłeś swym wyznaniem nt „babki filmowej”. :)
    Pozdrawiam.

Comments are closed.

Previous post „Gniew Tytanów” – kolos na glinianych nogach
Next post „The Divide” – koniec świata w piwnicy